Treść opublikowana przez Kmiot
-
Hit, którego fenomenu nie pojmujecie
Ta, to wszystko wina grzybiarza. On zaczął.
-
Video shows o grach
Fajny ten jego kanał. Nie trafiłem na niego wcześniej. Póki co obejrzałem materiał dotyczący Furi i jest bardzo dobrze. Będzie oglądane do kotleta. Swoją drogą polecam Furi, jeśli jakimś cudem ktoś w to jeszcze nie grał. Kosmicznie miodna walka i jeden z najlepszych soundtracków jakie słyszałem w grach.
-
Hit, którego fenomenu nie pojmujecie
Order miał fajne uzbrojenie i strzelanie, ale zbyt stacjonarne. Dwie, trzy osłony, między którymi wystarczyło się przełączać i ładować w przeciwników. Nie przypominam sobie tam bardziej otwartych terenów zmuszających do wzmożonej mobilności. Mimo wszystko strzelało się fajnie, grało/oglądało znośnie, ale do dzisiaj bawi mnie pewność twórców, że będą mieli okazję sklepać kontynuację, więc zrobili chyba najbardziej otwarte zakończenie w historii gier wideo xd A potem poszli klepać multipayerową popier'dółkę z toczącymi się stworami, czy coś xddd
-
własnie ukonczyłem...
A ja ostatnio urządziłem sobie pożegnanie z WiiU i zaliczyłem ostatnią grę z mojej listy. Legend of Zelda: Twilight Princess HD - czyli o indyku z cyckami i listonoszu w samej bieliźnie. Backstory: niepotrzebne. Uwielbiam tę serię, którą przez wiele generacji zaniedbywałem. Teraz stale nadrabiam zaległości. Przyznam, że początek gry nie napawał mnie optymizmem. Czułem, że gra jest jakaś toporna w prowadzeniu. Olałem tę drobną niedogodność, bo jestem wyrozumiałym graczem, poza tym zdawałem sobie sprawę, że jedną z macierzystych platform TP był GameCube, więc ciszej nad tą trumną. Ta mechanika gry, poruszania, walki nie przeszkadzała mi wcześniej w Okarynie, ani w Masce Majory (obie zaliczałem po raz pierwszy w odświeżonych wersjach 3DS), ale tutaj poczułem najwyraźniej zmęczenie przestarzałego materiału. Trochę się nawet zmuszałem do gry, ale to nadal była Zelda, więc nie zamierzałem odpuszczać. Wtedy twórcy dorzucili Linkowi powłokę wilka i... poczułem się jeszcze gorzej w tej grze. Kurde nie wiem, nie siadły mi te wilcze fragmenty, męczyły a nawet irytowały, czekałem jedynie aż się skończą i to odczucie się nie zmieniło aż do creditsów (szczęśliwie później wilk schodzi na drugi plan). Swoją drogą ciekawy przypadek, że w 2006 roku ukazuje się Zelda z powłoką wilka i jednocześnie na świat przychodzi zelda-wanna-be Okami. Przypadek? Tak sądzę. Dopiero gdzieś w okolicy trzeciego dungeonu zaczęło się coś zazębiać i odnajdywałem wiele przyjemności w przemierzaniu tych fragmentów. Dungeony wiadomo, że dość liniowe, żaden weteran nie ma prawa się w nich zaciąć na dłużej, bo ani zagadki nie należą do zbyt wyszukanych, ani bossowie większego wyzwania nie stawiają. Jednak twórcy kilka fajnych i pomysłowych patentów w grze zawarli (kula burząca FTW), więc uznaję to za pocieszenie. Jedynie bonusowe skrzynie z fragmentami serc są odrobinę zmyślniej ukryte, więc polecam ich odnajdywanie. Żal jedynie, że ostatnie dwa dungeony mnie rozczarowały. Nie potrafię powiedzieć czego w nich zabrakło, ale czegoś na pewno. 40 godzin przygody w dość mrocznym klimacie (choć Majora była według mnie cięższa w tym aspekcie) i nawet jeśli było mi przyjemnie, to jednak odczuwam drobne rozczarowanie. Wtedy, w 2006 roku ta gra pewnie robiła znacznie lepsze wrażenie, ale dodanie lepszych tekstur to tylko pudrowanie mającego ponad dekadę gameplayu. Milczeniem pominę też fakt, że gra potrafi koncertowo gubić klatki, a uwierzcie mi, jestem jednym z ostatnich, którym w grach przeszkadzają sporadyczne dropy. Tutaj chwilami był dramat, więc nie wiem co tak słabo. Koniec końców dotarłem do końca i odczułem nawet coś w rodzaju ulgi. Nie miałem ani motywacji, ani zapału szperać po świecie w poszukiwaniu bonusów, ulepszeń i... pieczątek (na chu'j mi one?). I bez upgrade'ów ta gra jest zbyt łatwa. Przez całą grę złowiłem tylko jedną rybę (bo wymagał tego główny quest), z rupiami nie miałem co robić, więc rozdawałem je na lewo i prawo, jazda konna ssie po same kule i wolałem wszędzie biegać na piechotę lub pod postacią wilka (szybko śmiga). A, i coś nie tak jest z ryjem Linka. Jakiś upośledzony z paraliżem mimicznym i zbyt często przyklejonym głupim uśmiechem mówiącym coś w rodzaju "ty już wiesz co zrobię w nocy tobie i twojemu odbytowi". Nie chcę być źle zrozumiany. Twilight Princess jako gra jest świetna, szczególnie biorąc pod uwagę jej rocznik. Ale w obrębie serii odrobinę słabuje i źle znosi swoje lata - recykling wielu pomysłów, które gdzieś już wcześniej wszyscy widzieli, plus kilka swoich własnych. Wind Waker jest starszy a zniósł to godniej, ba, nie postarzał się wcale. No i chyba jednak należę do drużyny "Zeldy 2D > Zeldy 3D". Ok, WiiU pożegnane [*]. Słiczu, nadchodzę.
-
własnie ukonczyłem...
Nier (PS3), czyli muszę odnaleźć lekarstwo dla śmiertelnie chorej córki, ale najpierw złowię dziesięć sardynek i zasadzę pomidorki w ogródku. Backstory: Kilka razy wpisywany na listę TO DO i kilka razy z niej skreślany. W końcu wyszła Automata, a magia hajpu zrobiła swoje i uznałem, że chcę najpierw zaliczyć prequel, nim zacznę się ślinić do pośladków 2B. A Nier błądził po mojej liście backlogu z wiadomych przyczyn - mieszane opinie graczy raz do gierki zachęcały, innym razem wytykały jej największe wady, a te nie należą do takich, na które łatwo przymknąć łaskawe oko i uznać je za nieistotne detale. Ułomności tej gry są trudne do wybaczenia. Jej wykonanie techniczne to w zasadzie kwestia gustu, ale obiektywnie patrząc Nier przypomina tytuły z przełomu PSX/PS2. Lokacje cztery na krzyż (dosłownie), raczej puste, choć trzeba przyznać, że dość klimatyczne. Wszystko uproszczone: niby RPG, ale warstwa rozwoju postaci/broni mocno ograniczona; niby akcja i walka, ale system walki to dwa przyciski, trzy ciosy, jeden kombos i upośledzona kamera próbująca to śledzić; czarów kilka, ale i tak używa się raptem dwóch, trzech na zmianę. Prosta gra pozbawiona rozpraszaczy (poza sidequestami, nad którymi poznęcam się później). Wszystko proste. Nawet geometria lokacji prosta, a NPC pojawiają się na widoku z takim popupem, że można się przestraszyć jak w niczego sobie horrorze przy okazji taniego jump scare, ale chu'j tam, nie bądźmy wybredni, przynajmniej feeling sprzed kilku generacji jest i można to nawet uznać w jakiś pokręcony sposób za zaletę. Fabularnie też jest w porządku. Umówmy się, że nie jest to jakiś łamacz szczęk, ale można odnotować kilka przyjemnych chwytów narracyjnych, a i bohaterom (oraz relacjom między nimi zachodzącym) raczej niczego nie brakuje. Kogo tutaj nie ma! Są seksowne rudowłose bliźniaczki. Jest nie dość że latająca, to posługująca się magią i sarkazmem księga. Jest Emil, którego nawet trudno opisać, ale jego historia potrafi rozczulić i poruszyć. Kaine jest świetna, wiadomo, a jej przekomarzanki z Weissem to najlepsze dialogi w grze, miód dla uszu. Walki z bossami schematyczne, ale twórcy mieli kilka całkiem spektakularnych pomysłów na ich przeprowadzenie. I tylko ten główny bohater... Wydaje się niezbyt lotny, taki typowy mięśniak, który szlachtuje wrogów bez chwili namysłu, a jak już otwiera gębę by coś powiedzieć, to wypadają z niej suche kwestie bez charakteru. "Muszę zabić wszystkie cienie, a potem muszę uratować horom curke, hyaaa!" Jeśli Niera zakwalifikować do gatunku RPG, to długość wątku głównego nie stanowi żadnej rewelacji. Na spokojnych ruchach można fabułę zamknąć w 15-20 godzinach. Standardowo aby gracza przytrzymać przy tytule dłużej twórcy zaimplementowali liczne sidequesty i te obrosły już swoistą legendą. No kur'wa, tak wielkiej wanny potężnego backtrackingu to już dawno nie uświadczyłem. Weszłaby do niej nawet twoja matka, tak przepastna to balia. A ja choruję na tą nieuleczalną przypadłość, że lubię takie rzeczy zaliczać, muszę je zaliczać na 100%, by uspokoić swoje sumienie gracza. I biegam jak pier'dolnięty z jednego kąta mapy na drugi, a potem z powrotem. I szlachtuję te dziesiątki kozłów licząc, że wydropią skórę zamiast mięsa, bo potrzebuję dziesięciu sztuk, aby zadowolić jakiegoś ziomka bez imienia. Fast travel? Zapomnij, a nawet jeśli pojawia się jakaś jego namiastka, to niewiele sytuację poprawia. Teraz stękam i narzekam, ale odnajdywałem w tym jakąś masochistyczną przyjemność, a kiedy licznik questów wskazał magiczne 100% to trochę mi nawet dygnął penis, przyznaję. W ogóle gra robi bardzo dużo, by wkur'wić i wyprowadzić z równowagi gracza. Fetchquesty bywają mozolne, ale przynajmniej próbują przy tym mieć jakieś tło fabularne, a niektóre wątki są nawet całkiem niezłe, dwuznaczne i pozwalające na wybór moralny (bez żadnego wpływu na fabułę, ale zawsze to coś). Inna kwestia to farmienie składników do upgrade'u broni (którego swoją drogą dokonujemy u 13-letniego kowala, no ale to japońska gra, więc meh). To prawdziwie masochistyczny test cierpliwości, którego przebiegu nawet nie potrafię oddać słowami. Jeśli już zdecydujesz się na wymaksowanie wszystkich broni to trzaśnij coś na uspokojenie, a na drugim ekranie włącz sobie jakiś mecz, albo porno, aby odrobinę złagodzić wrażenie, że marnujesz cenne godziny życia na taką bzdurę. Ktoś mądry mógłby zapytać: w takim razie po co to robić i byłoby to trafne pytanie. Odpowiadam: bo jestem poje'bany w w pewnym momencie ambitnie/nierozsądnie (niepotrzebne skreślić) postanowiłem sobie, że z gry wycisnę platynę i nie dam się sprowokować twórcom. A ci stanowczo próbowali mnie wyprowadzić z równowagi choćby nieistotnymi detalami. Na przykład nie wiem, kto zadecydował, by bohater wspinał się po drabinie tak pooowoooli. A drabiny w tej grze potrafią być dłuuugie. Sytuację ratuje trzymanie przycisku skoku, co jednak w żaden sensowny sposób nie usprawiedliwia ślamazarnego defaultowego wspinania, który najwyraźniej ma nas po prostu zirytować. Mam wrażenie, że gra wiele straciła już na etapie projektowania, bo brakuje jej balansu w wielu kwestiach. Niektóre dropy są zbyt rzadkie i chciałbym widzieć, jak twórcy samodzielnie próbują znaleźć 15 czarnych pereł, cztery orle jaja i inne śmieci niezbędne do upgrade'u broni. Tych przy okazji jest trzydzieści, ale i tak wszyscy biegają z Phoenix Spear, bo to potężna włócznia (do kupienia w sklepie za bezcen), która jednocześnie psuje grę, bo ścina paski energii przeciwników w zastraszającym tempie i nawet bossowie przestają stanowić wyzwanie. Jest w Nierze takich ułomności mnóstwo, o mniejszym i większym znaczeniu. Czasami nie sposób oprzeć się odczuciu, że twórcy najzwyczajniej w świecie nie szanują czasu i nerwów gracza (tak, farmienie, o tobie myślę). Mimo to się udało, bo po 60 godzinach (plus siedmiu przeznaczonych na speedrun) wpadła mi platyna, której z pewnością nigdy nie zapomnę. Cała jej trudność tkwi w zapasach cierpliwości, którymi dysponuje gracz. Oczywiście, aby być sprawiedliwym, Nier dostarczył mi też dużo satysfakcji w wyłapywaniu wielu subtelności, podziwianiu niektórych widoków (echa upadłej cywilizacji), śledzeniu relacji Weiss-Emil-Kaine, a mityczne zakończenie D, które No i nie mogę przemilczeć kwestii muzyki, bo ta nie pozostawia miejsca na dyskusję - jest topowa i stanowi jedną z najjaśniejszych zalet gry. Mówią, że Nier to jedna z najbardziej niedocenionych gier poprzedniej generacji. No nie. Obiektywnie to gra zyskała tyle uwagi, na ile zasłużyła. Zbyt wiele w niej poważnych niedociągnięć, nieprzemyślanych rozwiązań, braków technicznych i niełatwo byłoby w tym przypadku wybronić ocenę 9/10 czy też 8/10. Nawet 7/10 wydaje się odrobinę naciągnięte, ale z subiektywnego punktu widzenia może być, jak najbardziej.
-
Sprzedam/kupię/wymienię komiks
@Luqat No tak, wszystko ma wliczoną w cenę wysyłkę. Wspomniałem o tym przy okazji Kaznodziei, w pozostałych zapomniałem, więc rozumiem, że mogło kogoś zmylić. Zaraz zedytuję. Ogólnie ceny wytypowałem "na szybko", odejmując ok. 10 zł od najtańszych ofert allegro, ale mogły się wkraść jakieś babole, więc śmiało mi wytknijcie, jeśli gdzieś się przestrzeliłem.
-
Sprzedam/kupię/wymienię komiks
Nie za bardzo mi się chce klepać konkursowego jotpega.
-
Sprzedam/kupię/wymienię komiks
Sprzedam trzy pierwsze tomy Kaznodziei (te aktualnie wydawane, gdyby ktoś miał wątpliwości). Wszystkie w świetnym stanie, brak zagiętych rogów i innych takich. 50 zł sztuka, 120 zł komplet. W obu przypadkach wysyłka na mój koszt. Poza tym: Sprawiedliwość - 90 zł Amerykański wampir: tom 1 - 40 zł Azyl Arkham - 50 zł Indiańskie lato - 60 zł Pinokia - 25 zł Fight Club 2: zeszyty, dziesięć tomów, plus pilot - 50 zł Pierwszy tom kolekcji Conana - 20 zł. Wszystkie ceny z już wliczoną wysyłką. Przy zakupie więcej niż jednego tomu możemy negocjować.
-
PES 2018
Panowie, krótka piłka (w uliczkę, hehe). Aktualny albo najlepszy patch/data file do własnoręcznego wgrania w PES2018 na PS4. W sensie wiecie - aktualne składy, nazwiska, drużyny, stroje itp. Płacę serduszkami.
-
co cię cieszy, a co złości?
Ogólnie to nie chcę nikogo (Plugawego) wprowadzić w błąd, więc tylko sygnalizuję, że kiedyś używałem tego rozwiązania w swoim TV (Samsung) i hulało. Obraz się wyświetlał w ramie, jakością pewnie nie porażał i używałem to sporadycznie, więc trudno mi wyrazić długoterminową opinię. Dostępność, cena i opłacalność takiego chu'jstwa to osobna kwestia. Temat do obadania we własnym zakresie.
-
co cię cieszy, a co złości?
Nie no, mam takie coś jak na zdjęciu, kupując kilka lat temu TV sprzedawca mi zaproponował, bo też mi zależało na wejściu SCART. Podłączałem przez to PSX i SNESa, grałem nawet. Nie wypowiem się na temat jakości, bo się nie zagłębiałem w możliwe ustawienia, nie jestem wybredny, poza tym się nie znam jakoś szczególnie. Ale działało.
-
co cię cieszy, a co złości?
@PlugawySą przejściówki HDMI>Scart. Takie coś by pomogło?
-
PSX Extreme 248
Akurat CDA to ostatnio wrzuciło swoją szmatę w worek, na którym były praktycznie same napisy i wyliczona cała zawartość numeru, więc i okładkę z Kingdom Come mogli dać minimalistyczną, bo i tak jej nie było widać, póki się numeru nie wypakowało. W tym miesiącu pewnie bliźniaczy patent, więc nie tak do końca "da się".
-
własnie ukonczyłem...
Crash Bandicoot: Warped (Remake), czyli wślizg, skok, double jump, kręciołek, kręciołek, kręciołek. Backstory: jedynkę i dwójkę zaliczyłem w zeszłym roku, uznając, że zrobię sobie trochę przerwy przed trójką. To była jedna z pierwszych gier, które odpaliłem na PSXie, wiec nostalgia level over 9000. Będąc smarkiem uważałem trójkę za najlepszą część trylogii, ale teraz bardziej bym się skłaniał ku dwójce. Bo zgadzam się z opiniami, że trójka miejscami jest zbyt przekombinowana. Wiecie co mam na myśli: motory, nurkowanie, samoloty, skutery wodne; trochę zabrakło umiarkowania w tym urozmaicaniu rozgrywki, a platformówkowy rdzeń cyklu jakby się rozmył, bo żadna z tych minigier nie jest na tak dopracowanym poziomie, jak klasyczne skakane poziomy. Dwójka wydaje się pod tym względem spójniejsza, a jedynka to już w ogóle klasyka, ale miała zbyt wiele słabszych fragmentów (mosty linowe na przemian irytowały i nudziły). Wracając jednak do trójki: sentyment mam do niej ogromny, bo pewnie zamiast wkuwać do kartkówki z fizy jarałem się kolejnymi levelami w Crashu "wow motory! oja skutery wodne!! LOL SAMOLOTY! OMG JESTEM DZIEWCZYNĄ CRASHA!". W tym całym podnieceniu wykręciłem wtedy ponad 100% (jeśli dobrze sobie przypominam, to 104%), więc teraz było kwestią dumy i rywalizacji z samym sobą, by temu wynikowi dorównać i udowodnić sobie, że stare palce jeszcze potrafią. To wiązało się niestety z zaliczaniem czasówek, których zwykle w grach nie toleruję, ale tutaj... cóż, było łatwo, nawet jak dla mnie. Tylko jeden level (Hang High) dał mi nieco w kość, poza tym bez większej spiny - dwie, trzy próby, a często już przy pierwszym podejściu wpadało złoto. Crash wciąż ma urok, tym bardziej, że wiadomo jaka jest obecnie kondycja platformówek w branży. Remake na wysokim poziomie, na który ta seria zasługiwała. Tu i tam, ludzie narzekają na "pływające sterowanie" i być może rzeczywiście coś w tym jest, ale osobiście szybko przełączyłem się na kontrolę... krzyżakiem. Wydawało mi się precyzyjniejsze i już do końca nie narzekałem. Kciuk narzekał, ale może przynajmniej zaoszczędziłem sobie nerwów? To co? Teraz by się przydała jakaś nowa, świeża część? Chociaż remake CTR brałbym z pocałowaniem w pierścień. Deadlight: Director's Cut, czyli dwa razy machnę siekierą i staminy brak; strach pomyśleć ile zajęłoby mi porąbanie drewna do kominka. Backstory: od zawsze odrobinę chodziła za mną ta gra, ale bez przesadnego hajpu, więc gdybym na łożu śmierci nadal nie miał jej zaliczonej, to jakoś nie robiłbym z tego tragedii. Ale są promocje, z których żal byłoby nie skorzystać, aby potem odchodzić ze świata odrobinę bardziej spełnionym. W zasadzie lubię takie gierki o prostej mechanice, pozbawione gameplayowych udziwnień. Tutaj jest ładnie i klimatycznie. Jest również łatwo, bo co krok ustawione są checkpointy (które w sumie okazują się zbawienne, ale o tym za chwilę), znajdźki w większości leżą na widoku, raptem kilka z nich jest zmyślnie ukrytych. Grałem własnym tempem i nie przegapiłem ani jednej. W ogóle było jakoś przyjemnie i piknikowo, bezstresowo, nad czym nieco boleję, zważywszy tematykę gry. Szczypta zaszczucia by nie zawadziła. Trzy grubsze rozdziały, z czego pierwszy wydaje mi się najlepszy, bo jego tempo jest odpowiednie (no, i początek drugiego też ok). Niestety, im dalej w grę, tym fun z niej płynący metodycznie maleje, zaczynają irytować niektóre fragmenty nastawione na ucieczkę/pogoń, bo sterowanie w tej grze bywa upośledzone. Brakuje mitycznej responsywności, chłop rusza się jak wór cebuli, ma problem z wykonaniem pożądanych czynności co owocuje głupimi zgonami, nie zawsze jest też jasne czy podłoże jest bezpieczne, bo wygląda na takie, ale okazuje się kolcami. A dla gracza, który lubi szperać to prawdziwa zmora, bo co krok zmuszony jest się zastanawiać "a tam mogę zeskoczyć?". Próbować nie szkodzi, bo w sukurs przychodzą wspomniane checkpointy rozmieszczone bardzo gęsto, więc śmierć jest w zasadzie bezkarna, ale zdecydowanie nie wszystko w tym gameplayu zagrało. Chciałoby się ociupinkę mniej liniowości, więcej myślenia, mniej biegania, ale i tak popykać warto, czemu nie.
- The Terror - 2018 - AMC
-
Dawne (i dzisiejsze) pisma o grach poza PE (PSX Fan, P+, OPSM, i inne)
Kur'wa, mam taki dziwny kaprys i poczytałbym takie opisy współczesnych gier. Wiem, że przestarzałe rozwiązanie i nikt już takich rzeczy nie pisze, ale jak mi wtedy podczas lektury wyobraźnia pracowała, to nic temu nie dorówna. Jak się nie miało akurat dostępu do danej gry, to szczyl czytał opis i wyobrażał sobie, że samemu gra xd Ech, czasy. Teraz nie ma czasów.
-
własnie ukonczyłem...
Volgarr the Viking, czyli o rozcinaniu przeciwnikom anusa za pomocą płonącego miecza. Backstory: Nie ma. Geneza prosta jak platyna w Undertale: gra od kilku miesięcy na mojej wishliście, a że promocja się trafiła, to skorzystałem. No, spacer w parku to to nie jest, bo gra w pierwszym kontakcie potrafi być bezwzględna. Zgon za zgonem, momentami chmara stale respawnujących się przeciwników naciera na nas z każdej strony, ale szczęśliwie dla gracza tak tłoczne są tylko wybrane fragmenty, bo niewielu rzeczy nie znoszę w grach tak bardzo, jak stale odradzających się przeciwników. Oblać moczem i je'bać prądem te przeklęte żelki. Wracając do zgonów - Volgarr jest typem gry, w której skuchy są wliczone w koszta, bo rozgrywka przebiega na starej i niezdzieralnej zasadzie uczenia się na własnych błędach. Ciśniemy w prawo i wyrzynamy dość urozmaiconą menażerię, poznajemy układ planszy, schemat zachowań przeciwników, zaliczamy zgon, zaczynamy od początku, ale wiemy już, czego się spodziewać. W związku z tym gracz czuje, że pomimo oporów Volgarr jest w zupełności do zaliczenia, a sukces jest wyłącznie kwestią czasu i cierpliwości. Oczywiście skillowemu graczowi zaliczenie danego poziomu zajmie mniej czasu, ale nawet ci bardziej i mniej upośledzeni manualnie powinni dać w końcu radę. Wystarczy poczekać na ten moment, gdy wszystko będzie nam sprzyjać, nie popełnimy głupiego błędu i już. Levele zaczynają wtedy regularnie pękać, bossowie klękają pod ciężarem naszego miecza, a gra zamiast frustrować zaczyna dawać pewną satysfakcję. Nasz wiking tylko pozornie ma mały zakres ruchów. Skok, miecz, rzut włócznią. Ale skakać można podwójnie (drugie wybicie jest zarazem ciosem), mieczykiem machać na różne sposoby, a na wbitą w ścianę włócznię można wskoczyć, by potem spaść na przeciwników jak meteor, nordycki bóg zagłady i penetracji mieczem. Najwięcej problemów potrafi sprawić dość wymagająca mechanika skoku - bezwładne jumpy trzeba z rozmysłem odmierzać, bo te mają ściśle określone odległości, nie ma możliwości skorygować pozycji w locie. Źle się wybijesz? Ch'uj, zgon, wracaj na start. Sztywna mechanika skoku to absolutnie żadna wada, bo taki był zamysł twórców i ja to szanuję. Ostatnio podobne odczucia miałem przy okazji La-Mulana EX, bo tam bezwładność skoków również potrafi sprawić trudność - początkowo trzeba się przyzwyczaić, ale potem można to nawet polubić. Grę przejść niełatwo, ale restarty są błyskawiczne, ilość żyć nieograniczona, więc to wyłącznie kwestia czasu i cierpliwości, małymi kroczkami do przodu, z każdą próbą o kilka metrów dalej. Gracz może jednak mieć wątpliwości, bo sam ciągle byłem na skraju rezygnacji z dalszej gry. W kolejce czeka kilkanaście gier, a ja się męczę z powtarzalnym, momentami frustrującym slaszerkiem, próbując zapamiętać układ przeciwników i przewidująco ciskać w nich włócznią zanim jeszcze pojawią się na ekranie. Po co się tak męczyć? Może lepiej odpalić jakiś symulator chodzenia? Ale w pewnym momencie dociera do nas, że poziom trudności w Volgarrze jest mylący - ja sobie to uświadomiłem, gdy pod koniec gry wróciłem na moment do pierwszego świata, w którym kiedyś ginąłem na potęgę, tymczasem zaliczam go bez żadnej skuchy i bez utraty żadnego elementu ekwipunku, a duże fragmenty przechodzi za mnie moja pamięć mięśniowa, bez udziału mózgu. Było kiedyś takie powiedzenie: coś o ćwiczeniu i mistrzu. Koniec końców, dobrnąłem na finisz i zrobiło mi się nawet nieco przykro, że to już. Wpadł Ending C, najłatwiejszy do osiągnięcia, ale dla mnie w pełni satysfakcjonujący. Pozostałe zakończenia mają już wyższe wymagania (ograniczona ilość żyć na próby) i są poza zasięgiem moich chęci, czasu, cierpliwości. Volgarr zyskał przy bliższym poznaniu, więc zachęcam.
-
PSX Extreme 247
Nie masz, bo nie chcesz, czy nie masz, bo Ci Roger nie chce dać?
-
Właśnie zacząłem...
No, ja też. Ciekawe, czy wtedy już nie trzeba biegać po ścianach, aby te chu'jki przestali do mnie strzelać. NG wymaga rzeczywistego skilla, Soulsy wyłącznie cierpliwości.
-
własnie ukonczyłem...
Persona 4 Golden [PS Vita], czyli w deszczowy wieczór o północy patrzyłem w zgaszony TV. Backstory: Dawno temu, jeszcze pod koniec 2015 roku zacząłem grać w Personkę, podobało mi się, nie przypominam sobie, abym miał coś grze do zarzucenia, a jednak z jakiegoś powodu przestałem w nią grać. Nie wiem. Teraz w styczniu postanowiłem do Persony wrócić i choć na poprzednim slocie miałem już ponad 10 godzin, to uznałem, że bez sensu i zacząłem od nowa. Po blisko 100 godzinach gry dotarłem do zakończenia, oczywiście jedynego prawilnego i cóż mogę napisać, skoro o P4 napisane było już wszystko? To jedna z tych gier, po ukończeniu których czuje się jednocześnie dużą satysfakcję, ale i pustkę oraz żal, że to już koniec. Powolne wprowadzenie w fabułę P4 jest już legendarne i w zasadzie dopiero po kilku ładnych godzinach zyskujemy jako taką swobodę działań. Po kolejnych kilku godzinach śmigamy już na całego, z w pełni rozwiniętymi żaglami po morzu możliwości. Przyznam, że szalenie przyjemne było codziennie podejmować decyzję, co dzisiaj robimy - czy się pouczymy, czy pójdziemy na randkę z jakąś japońską cizią (rise i jej zakolanówki <3), czy spędzimy homoseksualnie zabarwiony wieczór z jednym z kolegów szkolnych, a może połowimy rybki, zjemy coś na mieście. Mamy poczucie, że chcielibyśmy zrobić wszystko, ale brakuje na to czasu, więc trzeba wybierać. Może to będzie porównanie nieco na wyrost, ale ostatnio tak bardzo się zasiedzieć potrafiłem przy... Stardew Valley. Choć jeśli spojrzeć na obie gry pod pewnym kątem, to są bardzo podobne i podobnie wciągają gracza w swoje prozaiczne, codzienne zajęcia. Ogromną siłą P4 są postacie. Główny bohater to oczywiście klasyczny niemowa i choć w pełni rozumiem dlaczego taki musi być, to jednak żal czasem było patrzeć, jak grupa przyjaciół żywo dyskutuje, uszczypliwie żartuje sobie z siebie, podsuwa erotyczne podteksty, a nasz Hiro siedzi jak ta piz'da i jedyne na co go stać, to kiwanie głową. Ale dupeczki wyrywa jak pier'dolony Casanova, może mieć nawet kilka dziewczyn jednocześnie, wszystkie zaprasza do swojego pokoju i żadna nigdy się nie dowie, że były inne. Zazdro, ucz mnie sensei. W zasadzie całość bohaterów jest tip-top, nawet Teddie, na którego zdarzają się narzekania mnie akurat nie drażnił. Dialogi są kapitalne, wściekle przyjemnie się ich słucha, angielski dub na bardzo wysokim, starannym poziomie. Łatwo się w jakimś sensie przywiązać do tych cyfrowych postaci. Nanako chciałoby się przytulić, jest przeurocza. A metamorfoza postaci podczas zakończenia nawet mnie rozczuliła. Warstwa dungeonowa i bitewna to również klasa sama w sobie. Dynamiczna, trochę nawet dyskotekowa, ładnie się prezentująca, nie byłoby wstydu się z nią pokazać na mieście. Buffowanie postaci ma sens, bo realnie wzmacnia czy to obronę, czy atak, a nie tak jak w innych grach, gdzie tracisz kolejkę na założenia buffa na atak, a potem zadajesz 35 obrażeń zamiast 30. Najtrudniejsze są pierwsze dungeony (moze być potrzebny drobny grind), w zasadzie po zwerbowaniu i podlevelowaniu Rise gra już nie stawia większych oporów, ale walki wciąż potrafią dać satysfakcję. System bardzo zmyślny, silnie premiujący strategię i wręcz do niej zmuszający. Bardzo przyjemnie się plądrowało te lochy, nie powiem. Fabule trudno cokolwiek zarzucić, szczególnie patrząc przez pryzmat faktu, że to gra jeszcze z czasów PS2. Odpowiedni nastrój i powaga historii, przynajmniej jak na realia jrpgów. Dużo twistów i przeciągania struny: ostateczna walka, klasycznie nie okazuje się wcale ostateczną, a po niej następuje kolejna ostateczna, po której pora na jeszcze jedną, tym razem już z pewnością OSTATECZNĄ. Albo nie, dopiero po niej będzie ta bez wątpienia OSTATECZNIE OSTATECZNA. Ale czy na pewno? Ogólnie fabuła jest z pewnością mocną stroną P4, a to w połączeniu z barwnymi, mięsistymi postaciami Z DUSZĄ sprawia, że przerywniki filmowe czyta i słucha się z ogromną przyjemnością. Muzyka? Wystarczająco charakterystyczna, trochę j-popu, jak przystało na opowieść o japońskich licealistach. Najważniejsze, że w żadnym momencie nie męczy, ani nie ma się ochoty jej wyłączyć, choć przyznam, że nie przyszło mi do głowy, aby słuchać jej poza grą. Jeśli gra miała jakieś irytujące fragmenty, to nie pamiętam i zepchnąłem je na margines wspomnień. Ogólnie? Rewelacja. Trochę smutek, ale pocieszam się, że Persona 5 nadal przede mną.
-
PSX Extreme 247
Kiedyś, w którymś numerze był jakiś artykuł autorstwa chyba Dżuja o indie gierkach i obok była ramka zatytułowana (cytuję z pamięci): "Chcemy tych gier na konsolach". Może to jest jakaś opcja na stałą rubrykę: pismo pozostanie konsolowe, ale będzie można na legalu pisać o grach z PC, niekoniecznie tylko indie. Rozmiary i formuła takiego działu to osobna kwestia do przemyślenia. Czy poświęcać więcej miejsca jednemu, dwóm tytułom miesięcznie, czy raczej iść w ilość, a zainteresowani pogrzebią w temacie we własnym zakresie? A na koniec, zamiast oceny gry - ocena szans na port!
- Salt and Sanctuary
-
Gra/seria którą lubiłeś i czekasz na jej reaktywację
A ja bym zagrał w nowego Tombę. Mam sentyment do tego różowowłosego dzikusa pakującego świnie do wora.
-
Właśnie zacząłem...
No własnie. Trudno teraz przewidzieć, która opcja jest lepsza: zacząć od lepszej, bogatszej Y0 i potem męczyć się z biedniejszą Kiwami, czy najpierw przemęczyć się z tą gorszą i potem wskoczyć na wyższy poziom w Y0. Ja chyba zacznę od Kiwami, mając przy tym na uwadze, że czekająca mnie później Y0 jest lepsza. Póki co biegam czirliderką z piłą łańcuchową i próbuję pannie zajrzeć pod spódniczkę. Zacząłem parę dni temu, póki co jest dość zabawnie, a gameplay nawet przyjemny.
-
Wasze komiksy
E tam, kto to mógł przewidzieć.