-
Postów
23 728 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
53
Typ zawartości
Profile
Forum
Wydarzenia
Treść opublikowana przez ogqozo
-
W NBA Insiderzy praktycznie się nie mylą, gdy coś mówią jako fakt, te informacje są traktowane jako fakt przez samych zawodników i trenerów itp. i nigdy nie dementowane. W NBA wszystko niemal jest tajemnicą poliszynela, po części dlatego, że wielu rzeczy oficjalnie po prostu nie wolno osobom z klubu mówić, natomiast jak "szepną" jakiemuś Szamsowi to niby oni nic nie powiedzieli o żadnej transakcji, a sprawa jest traktowana i tak jak dokonana. Skoro McMahon powiedział, że nikt nie chciał wymieniać się za Trae'a Younga, to raczej zakładam, że tak było. A co Atlanta chciała w zamian, to inna sprawa. Wierzę, że Atlanta pytała, bo Trae brzmi jak idealny typ na wymianę typu "sell high" - ma 26 lat, można by chyba ciągle za niego dostać coś fajnego; niemniej w wieku 26 lat, nie ma widoków na to, by Hawks bez gruntownej przebudowy mieli szanse na główny cel każdego menedżera w NBA, czyli realne szanse na tytuł. Mimo różnych zmian, ekipa od kilku lat jest co najwyżej średnia. Notowania Younga będą raczej już tylko spadać, a w 2026 r. może być wolnym agentem, co znaczy, że jeśli kiedykolwiek Hawks mieliby go wymienić w zamian za "przyszłość", to teraz dostaną najwięcej. Na pewno GM-owie się zastanawiają, ile ten Young daje w kwestii wyników. W zeszłym sezonie więcej nie grał, niż grał, i Atlanta w obu tych połówkach miała praktycznie identyczny wynik - lekko więcej punktów straconych, niż zdobytych. Jakiegoś zauważalnego wzrostu, gdy Young gra, nie było. Powody tego są różnorakie, ale płacenie maxa w tym świetle może być podejrzane. Także jeden insider Spurs powiedział, że Spurs po prostu nie byli zainteresowani Trae'em bo "nie posiada cech, których Spurs pożądają". Na wymianę na pewno mają sporo - masa młodych, masa wyborów w drafcie. Ja też uważam, że efektowny czy nie - ma wiele wad we współczesnej NBA. Jak to powiedział Shaq, styl gry się zmienia. Young gra jak narwany, ale w NBA trzeba być dziś perfekcyjnym. Trae Young to 74 kg żywej wagi, w czasach, gdy takie giganty jak Jokić czy Doncić podają jak Magic Johnson oraz rzucają za trzy. Ponadto Young nawet nie ma regularnie jakiejś świetnej skuteczności za trzy.
-
Oglądalność prawie wszystkiego w TV spada. Jak byłem mały, to "Ostry dyżur" czy "Seinfelda" oglądało ponad 30 mln ludzi, od prawie dekady żaden program nie dobija do 20 mln, mimo wzrostu populacji USA o 30% przez ten czas. Młodzi ludzie nie oglądają TV tak jak poprzednie pokolenia. Czy brak rzutów za trzy w NBA by to zmienił, nie jestem jednak pewien na samej tej podstawie. Ludzie w USA oglądają głównie NFL, które polega głównie na reklamach (jeszcze bardziej niż NBA) - tyle że NFL ma znacznie mniej spotkań w roku; oglądają jakieś walki celebrytów które na pewno nie są jakimś wybitnym pokazem techniki sportowej o wielkim zróżnicowaniu. Ogólnie nie jestem pewien, czy styl gry ma jakiś wielki wpływ na to, co jest hitem w TV. Na żywo na halach, jako się rzekło, jest coraz więcej ludzi i coraz trudniej o bilety, i też wątpię, by to było związane mocno ze stylem gry. Sport nr 1 w Ameryce, czyli futbol amerykański uniwersytecki, też ma spadające ratingi. Nie wiem, czy w futbolu am. wprowadzono rzuty za trzy. Masa ludzi ma swoje argumenty, czemu NBA spada w TV, bo hipotetyzować łatwo. Jedni mówią, że za dużo meczów. Inni, że gwiazdy zmieniają kluby, a kluby zmieniają koszulki, i fani się gubią. Inni, że przekaz "polityczny" ligi nie rezonuje z demografią, która typowo oglądałaby sporty w TV. Dodatkowo w tej kwestii jest fakt, że topowe gwiazdy NBA na ten moment to zawodnicy nieamerykańscy, którzy nie wywołują takich fanowskich emocji. Jokić akurat dzisiaj powiedział po fatalnym meczu Nuggets, że "u mnie w Serbii, zawodnicy po takiej grze dostaliby mniejszą wypłatę", co idzie mocno wbrew kulturze zawodników amerykańskich, ciągle walczących o tę kasę i robiących z siebie jakieś ofiary na miarę Jezusa - zgrzyt kulturowy, którego kiedyś nie było.
-
Niesamowita premiera nowych butów, bodaj tydzień temu były puszczane informacje że Cucurella próbuje nowych butów Puma Future, a dzisiaj cały świat sobie puszcza po internecie, że koleś w ciągu 10 minut się dwa razy wywalił i dokładnie filmowany od razu je zmienił lol. Akcje Pumy musiały klepnąć nieco. W sumie nie pierwszy raz na oczach TV mu buty nawalają lol, bo jakieś dwa lata temu pamiętam że mu takie różowo-pomarańczowe Pumy się normalnie rozerwały podczas meczu i zmieniał. Ale koleś robi cały czas wiele akcji promocyjnych z firmą.
-
Świetne zakończenie było tego meczu, dokładnie jak z Benny'ego Hilla. Przypominam że to Nottingham prowadziło.
-
W ciągu paru miesięcy, widziałem w necie falę optymizmu Diabłów: nareszcie dyrektor sportowy, który ma pojęcie o piłce. Dan Ashworth, którego wychwalano za sukcesy wszędzie, gdzie się do tej pory nie pojawił, w końcu został skuszony przez Man United i zamiast jakiegoś bankiera mają dyrektora z najwyższej półki. Nareszcie dobrzy piłkarze kupieni, zamiast złych. Nareszcie dobry trener. Dyrektor sportowy, o którego walczono tak długo z Newcastle, już odszedł. W krótkim stwierdzeniu pożegnalnym na stronie, klub pisze, że Ashworth "wsparł klub w okresie przejściowym". Kurde, lata starania się o idolizowanego dyrektora po to, żeby po niecałym pół sezonu go wywalić i mówić o "okresie przejściowym". Jest tu budowane.
-
Okej to nie był najlepszy dzień na pisanie tego o Onanie. Yoro zresztą też.
-
Nie zdzierżyłem i zacząłem grę ponownie, czego nigdy nie robię - i mnie nie kusiło, bo Xenoblade jedynka się jednak zestarzał i nie ma już po co w niego grać dzisiaj. Ale w głowie świerzbiło - czy ja oszalałem? Czy w tej grze jest jakiś grind, wymagany, czy ja aż tak mam jakieś zaburzenia poznawania że grałem w zupełnie inną grę? Za dużo myślenia o jednej z najlepszych gier wszech czasów, by nie poczuć do niej nagle mięty. I poszło na przecenie za 40 euro ściąganko. Okazuje się, że... nie, nie oszalałem. Xenoblade to przeciwieństwo grindu, to najbardziej niegrindowa gra jRPG w historii, to gra, która samodzielnie przeniosła jRPG w nowy, kompletnie inny wymiar - zerwała z całym standardem jak nic wcześniej i później. W 2011 roku to było niesamowite włączyć jRPG-a, który jest piękny jak jRPG, ma piękne artystyczne lokacje i piękną muzyczkę i jakiś tam polot, a jednocześnie... nie musisz walczyć. Nie ma tego zmuszania gracza do wszystkiego, które niektórzy uważają za obowiązkowe w gatunku. Idziesz sobie po polanie i króliki po prostu są, możesz je walić... nie musisz. Prawie nic nie musisz. Jakie to jest cudne, nawet dziś wiele popularnych jRPG-ów bazuje na zmuszaniu gracza do walki non-stop. A tam - nie. Masz jakieś zadania, robisz je według wyboru, coś tam znaczą, ale też bez ciśnienia. Jasne, nie da się przejść gry bez toczenia walk - no ale masz wolność, jakich i kiedy i jak. No i, przede wszystkim, niczego nie trzeba powtarzać w kółko. Można klepać farmić wszystkich słabiaków dokoła, albo skupić się na małej liczbie wymagających walk z przeciwnikami wysokiego levelu. Questy sprawiają, że jesteśmy nagradani dużo bardziej za rozwalanie INNYCH przeciwników w liczbie po kilku, odwiedzaniu INNYCH miejsc zamiast stania w jednym - to jest dosłowne przeciwieństwo słowa na "g", że bardziej się nie da. Gra ma wiele, wiele mechanizmów by dosłownie NIE nagradzać powtarzania tego samego (oraz, jasne, nadal parę, które de facto to robią, ze względu na zawartość - przykładowo, niektóre gemy są znacznie bardziej wartościowe od większości. Niemniej wszystko w grze poza ewentualnie superbossami można spokojnie robić ignorując te elementy). Można to lubić albo nie... ja raczej lubię. Uczucie bycia w świecie, jakiego nigdy nie było w RPG. Oczywiście nie znaczy to, że ktoś nie może woleć klasycznego schematu na grę "gadające głowy gadają, a pomiędzy jesteś sterowany" i Xenoblade ma mu się podobać - po prostu słowo na "g" nie ma kompletnie nic wspólnego z akurat tą grą. Ale o czym to ja miałem pisać - aha, jedno jeszcze DODALI w tej wersji, co czyni te wymysły tym zabawniejszymi. Otóż w edycji na Switcha... jest też możliwość bankowania EXP-a (w tym automatycznego bankowanie wszystkiego poza walkami całą grę), i potem wyjmowania lol. Tak jak w następnych częściach. To już w ogóle niweluje wszelkie problemy z zyskiwaniem leveli. Można sobie zawsze wejść do menu, obniżyć, ponawalać przeciwników na wyższym poziomie zbierając masy expa, i potem wybrać tamte z banku i jeszcze zyskać levele. Zyskanie nawet maksymalnego levelu powinno być niesamowicie krótkie, jeśli komuś zależy. Swoją drogą to działa to dziwnie, w paru aspektach nieintuicyjnie (nie opłaca się BARDZO obniżać levela, 6 poziomów poniżej przeciwnika wydaje się optymalne - za pokonanie bossa na 1 levelu wcale nie zgarniamy tony expa), ale ogólny zarys jest oczywisty. Niesamowite, że przy tylu płaczach na brak możliwości zyskania expa, nie widzę żeby ktoś nawet wspominał o tej mechanice, dostępnej cały czas jako jedna z główny komend w menu i zajmującej (na szczęście, w przeciwieństwie do następnych XC) sekundy by wykonać. Tylko jedna osoba na poprzednich stronach o tym pisała i, niespodzianka, narzekała tylko na to że jest przelevelowana i bez tego. Wow, czyli to sugeruje, że jeśli ktoś zgodnie z prawdą opisuje zawartość gry, to ma odwrotne wnioski niż ludzie fantazjujący o jakimś koniecznym grindzie, zadziwiające jak to działa. Już mając level 25, mogłem sobie z tego podwyższyć na 31. Podejrzewam więc, że po prostu tocząc normalne walki dokoła wybierając tylko co mocniejszych przeciwników (i tocząc w ten sposó 800 razy mniej walk niż w Grindsonie: Grindfantazio czy Grindon Queście XI), pod koniec gry będę mógł sobie podwyższyć spokojnie kilkanaście leveli robiąc tylko te bardziej "personalne" questy i zwiedzając świat. Zobaczymy. Czy jest jakikolwiek mniej grindowy jRPG? W którym chodzi po prostu o wolność i latanie sobie po lokacjach i cieszenei się widoczkami, muzyczką i tym że coś tam robisz dla ludzi w mieście żeby im kwitły relacje? Nie ma.
-
Z opisów wynika, że szarżując co najmniej 12 godzin, typowe przejście do przodu bez rozglądania się może z 15 godzin, a eksplorując wszystko i zbierając wszystkie dodatkowe rzeczy, zagadki itd. - kilkadziesiąt, do 50 godzin. Wiele wątków pobocznych jest podobno naprawdę dużych i zawiera całą swoją historię.
-
Średnia ocen 87, niby wychodzi że to hicior roku, a kurde dawno nie czytałem recenzji czegokolwiek AAA które tak mocno opisują grę jako... dziwną i "ambitną". Rozgrywka to głównie powolna skradanka immersywna FPP, za to efektowne sceny akcji dzieją się w przerywnikach filmowych. Ci dający 10/10 mówią często, że gra to "pierwsza od lat prawdziwa przygodówka". Ponadto wielu pisze, że gra to po prostu świetna opowieść z Indym, dużo lepsza w tym niż nowe filmy. Gra jest podobno bardzo bogata, słowo "immersive" też pojawia się non stop. Technikalia, grafika, efektowność są głównie chwalone mocno. Niektórzy przeszli grę nie oddając jednego strzału, poza tylko jedną sytuacją w grze gdzie jest to wymuszone. Kurde ciekawa sprawa, ale sukces na pewno jest. Kiedy ostatnio była naprawdę duża, popularna i zaskakująca ludzi na plus ekskluzywna premiera na Xbox Game Pass?
-
Man United zdobyło w tym sezonie chyba 3 gole z rożnych - jak na to, jak oni defensywnie grają i jak rzadko w ogóle zbliżają się do bramki rywala (serio muszą być w "top 5" ligi pod tym względem), to i tak sporo. Nawet odliczając karne, rożne, wolne, kontry i samobóje, Arsenal z akcji zdobył prawie dwa razy tyle goli, co United. Jęczą o te różne na siłę, to nie tak że w tym meczu nie było jasne, kto jest lepszą drużyną ogólnie lol. Onana i tak więcej wybronił niż Raya. Ogólnie to tak zawsze hejtowany Onana znowu w tym sezonie im naprawdę broni sporo strzałów. Swoją drogą, taki "najlepszy" Alisson to obronił prawie tyle samo strzałów, co wpuścił hehe. Ale z bramkarzami jest tak, że za najlepszych się zawsze uważa tych co mają mało roboty chyba. Fakt, że mecz w środę specyficzny, United zmieniło wielu graczy, którzy dobrze wypadli przeciwko potężnemu Evertonowi. Taka Chelsea była w stanie zmienić masę graczy (wychodzi na to, że nie ma "Chelsea A na ligę, Chelsea B na Conference League", tylko jest "Chelsea A na weekend, Chelsea B na środę" hehe) i nadal rozwalić beznadziejnego rywala, ale Man United jest daleko od posiadania 11 przekonujących zawodników. Szczerze, to od kiedy Bruno gra w kratkę w tym sezonie, to trudno nawet wskazać jednego gracza, który na pewno jest NAPRAWDĘ DOBRY. Idolami fanów są teraz Mazraoui i Dallo, ale daleko im na razie do regularnie grania topowo w porównaniu do całej ligi. Najlepszy znak w meczu to wejście Yoro, który pokazał kilka razy jaki ma dryg do wślizgów. Ogólnie gdyby ta ekipa nie nazywała się Man United i nie miała 750 mln euro budżetu, to naprawdę nikogo by nie obchodziła. No serio, czym. Ludzie o nich gadają non stop, gadamy, tylko ze względu na rzeczy pozaboiskowe - nazwę i budżet.
-
Paul George zagrał wczoraj dobry mecz. Już drugi w tym sezonie. Jest jakaś nadzieja, bo ogólnie jego gra to na razie ogromne rozczarowanie, nie ma tutaj z jakiej strony widzieć pozytywów, jak na taki konkrakt, jaki dostał, to jest poza pojęciem. Co jeszcze ciekawsze, nawet w tych kilku meczach, gdy grał Joel Embiid - Sixers wszystkie przegrali, co więcej sam Embiid wyglądał na niezdatnego do gry. Wspominana gwiazda Olimpiady, Guerschon Yabusele, okazał się całkiem dobrym nabytkiem, bo poza nim, prawie wszyscy w Sixers wydają się być w beznadziejnej formie. Warto to zobaczyć - ekipa bardzo słabo gra w piłkę, łatwo traci i ciężko im się zbiera, ale z Yabuselem przynajmniej to wygląda jak współczesna (błe!) NBA koszykówka, bo z Drummondem to jest jakiś toporny shit sprzed 20 lat, nie wiem, jak ludzie mogą tak bronić poziomu Drummonda w NBA na ten moment, imo to wygląda strasznie. Ogółem bilans 5-15, czyli naprawdę kiepski początek epoki "trzech supergwiazd" na ogromnych, długich kontraktach. Tyle było kontrowersji o zapowiedź Embiida, że nie będzie grał meczów back-to-back, a tymczasem bardziej wygląda, jakby miał już nie grać w ogóle hehe. Maxey coś tam rozrusza ofensywę, ale daleko mu do rzucania skutecznie. Kyle Lowry, Drummond czy Eric Gordon zamiast wartościowych glory hunterów obecnie raczej wyglądają jak zawodnicy, którym pora iść na emeryturę. Co gorsza, James Harden wygląda świetnie w Clippers. Mimo że jak zwykle Kawhi Leonard jest nieobecny, Clips mają ładne wyniki, z Hardenem rozdającym piłeczki aż miło. No, koleś może trochę rzuca po krzakach, ale jako rozgrywający ma w wieku 35 lat świetną formę. Chyba Sixers po raz kolejny mogą żałować przebiegu swojego Procesu...
-
Gra się zmienia znacząco, wręcz z roku na rok, to fakt. A że ludziom starej daty się to nie podoba, cóż, tak zawsze było na świecie ze wszystkim lol. Przykładowo muzyka, ile osób w wieku 40 lat w historii ludzkości powiedziało "o kurde, ta nowa muzyka co teraz dzieci słuchają to znacznie lepsza niż 20 lat temu, robimy postęp a nie do tyłu!". Tak już jest. Tak wygląda życie. Zawsze wszystko jest gorsze, niż było. Ja pamiętam internet jak ludzie go zaczęli dostawać do domu, 20 i więcej lat temu. Takie fora jak to. Pamiętam jak LeBron zaczynał. Komentarze na blogu Supergiganta, tego typu casualowych stronkach. Pamiętam doskonale, że hejt na "pompowanie balonika" niejakiego LeBrona Jamesa i że "kiedyś to byli gracze, nie tacy jak dzisiaj, koszykówka umiera, NBA umiera, ten żałosny LeBron to nic nie ma fantazji, charakteru, męstwa, umiejętności, rzutu, genu zwycięzcy, ciśnięta na siłę przez media gwiazdeczka która nie ma nic poza tym że wysoko skacze, gdyby nie sędziowie faworyzujący miękkość to by zdobywał 15 punktów na mecz" itd. był jeszcze większy, niż dzisiaj teksty "kiedyś to byli gracze, jak LeBron, nie to co dziś...". Ten fragment z meczu to końcówka spotkania, różnica 23 punktów między ekipami. W takiej sytuacji zawsze można było łatwo znaleźć naprawdę żałośnie wyglądające fragmenty. Tak już jest w tym sporcie. Nie wiem, dla mnie jak oglądam stare mecze to dopiero jest zabawnie - dzisiejsi zawodnicy mogliby spokojnie grać w starych meczach, przecież ten poziom obrony i skilli z piłką to dzisiaj zabawnie wygląda, kiedyś jak w twojej piątce więcej kolesi się zaangażowało w bronienie akcji niż nie to był dobry moment, a akcje były na poziome "okej jedziemy... ajaj, nie wszedłem pod kosz, ok, no trudno że akcja się po prostu skończyła, co zrobić, rzucam rzut z kilku metrów za 2 punkty który trafiam tak raz na trzy próby". Jak ktoś mówi że "dzisiaj każda akcja to samo", to nie wierzę że ten ktoś sobie puścił mecz z tych starych dobrych czasów i obok współczesny i tak serio mówi. Kiedyś też jakiegoś szalonego zróżnicowania nie było jak dla mnie. Shaq to może się wymądrzać że akcje nie są zróżnicowane... koleś był duży i silny, wow, ale to było zróżnicowane. Jasne, miał RELATYWNIE spore umiejętności jak na takiego giganta, ale powiedzmy wprost, gdyby zabrać z jego gry bardzo zróżnicowane "wchodzi pod kosz i wkłada do niego niemal dotykając", to nic innego co robił nie było takie skuteczne samo w sobie lol. Ale to że zazwyczaj wchodził, i jak już był to tak z 75% rzutów trafiał, wyrównywało z nawiązką. Bardzo skuteczne, nie mówię że nie. Tylko co w tym jest takiego zróżnicowanego lol. Co by o nim nie mówić, lepszy czy gorszy, to akurat on jako piewca zróżnicowania akcji w koszykówce jakoś mnie bawi. Te teksty że "kiedyś był większy spontan też zabawne". No na takiej zasadzie, to również Michael Jordan nie mógł się równać zwykłemu graniu w parku z kolegami, przecież skoro chodzi o imperfekcję, to NBA nigdy nie mogło się równać z amatorami w imperfekcji lol. Od kiedy ludzie niby oglądają światowy top sportu bo "nie chcą oglądać doskonałości" lol. Lepiej iść na ulicę popatrzeć na dziadeczków grających. I to jest normalny wybór, tylko że to się nie stało teraz, zawsze tak było. Czy NBA obiektywnie umiera? Jak niedawno pisałem, hale w zeszłym sezonie były wypełnione jak nigdy, mimo zauważalnego wzrostu cen biletów (zwłaszcza gdy wliczymy typowy amerykański wieczór czyli też parking i jedzenie kupione na hali). Zawodnicy też nie narzekają na wypłaty dzięki prawom TV, i mimo że teoretycznie tradycyjna TV umiera, to na razie nie zanosi się, żeby kasa przestała rosnąć. No, jak to jest umieranie, to ja bym chciał tak umierać, pliz.
-
Lud z widłami jest gotów nadziać Mbappego, koleś już był hejtowany w kosmos PRZED tymi ostatnimi meczami lol. W których gra i faktycznie słabo, i marnuje nawet karne. To nie jest Haaland, że może na 10 meczów mieć 4-5 słabych i nikt nawet nie zauważa w necie bo się nauczyli że Haaland dobry, koleś jest odsądzany od najgorszych i że rujnuje klub, koleś chciał wyzwania w karierze to ma na pewno wyzwanie hehe.
-
Przedziwny mecz, ale dobre wieści dzisiaj z mediów, że Salah ma spore widoki na podpisanie jednak przedłużenia. Co tu mówić - samo się widzi, co ten koleś gra. Ma 32 lata, a forma nie gorsza niż nigdy wcześniej w karierze. Trent pozostaje wielką niewiadomą i nawet najbliżsi reporterzy nie są w stanie nic powiedzieć na temat tego, jakie są widoki z nim. Nie ma rzetelnego info, żeby miał faktycznie odejść do Realu (sporo info z mediów hiszpańskich, że Real się stara), ale też żadnych wieści o tym, że są widoki na pozostanie. Ciekawe czy niesamowity hejt na Mbappego i Realowe porażki obecnie jakoś go ruszają w tej decyzji hehe. Będzie to trochę smutne jeśli po całym życiu w Liverpoolu i byciu ikoną klubu miałby odejść do klubu, któremu Liverpool właśnie spuścił takie lanie.
-
Trudno mi widzieć ten przełom na razie, ot trzymają 0-0, Arsenal póki co ostrożnie. Ok, właśnie mieli superokazję przez to że strzał był tak niecelny że aż poleciał w bok do zawodnika United lol. To było niezłe. Grealish dziś jako środkowy, defensywny pomocnik. Guardiola wymyślił, i w sumie jakoś strasznie to nie wygląda. 3-0 to podobny fuks jak niektóre wcześniejsze porażki, przełomu nie widzę, ale dobrze że wygrali, bo ile można słuchać tych hejterów tłumaczących jak to wszystko było nieuniknione.
-
Spoko, zaraz się pojawi najważniejsze czyli materiał Digital Godry o tym ile klatek i będzie tylko o tym ile klatek i pikseli. Napisałem tę odpowiedź zanim zobaczyłem następną stronę tematu hehe.
-
Ludzie zawsze zapominają, na dobre czy na złe. Srali się niesamowicie o ten transfer przez pierwszy rok. Potem obojętnie jak gra, ta kasa jakby znika, nikt już o niej nie mówi. A faktycznie no padaka wyszła. Zapłacili za transfer i dali bodaj 90 milionów funtów kontraktu. Były momenty, że wyglądał na spoko zakup, był wśród najlepszych graczy City. Łatwo zapomnieć. Tyle że teraz to trudniej znaleźć zawodnika City który NIE zawodzi, więc nie ma się co skupiać hehe. Gole strzela tylko Haaland i zawodnicy defensywni.
-
Chyba zawsze w futbolu mecze szły lepiej lub gorzej, na tym trochę polega ten sport, że pojedynczy mecz albo i pięć może się różnie ułożyć z golami. W pierwszej edycji Premier League, Norwich długo prowadziło, bodaj do końca roku kalendarzowego, jeszcze luty zaczęli znowu na fotelu lidera, a skończyli sezon kilkanaście punktów za Man United. Albo słynne Newcastle 1995-96, które było na prowadzeniu przez dużą większość sezonu. Potem mieli serię 5 porażek w bodaj 8 meczach i po czwartej lub piątej z nich spadli na drugie miejsce.
-
Van Dijk i Gravenberch grają każdy mecz po 90, i w sumie nie wiadomo, czy nie było by kaszany niczym w City bez Rodriego. Gravenberch niesamowicie się rozwinął jak na kolesia, który nie mógł się przebić w Bayernie. Nawet w Reds do końca "nie wystarczał", bo przecież klub zgłosił klauzulę na transfer Zubimendiego, jednak ten zawodnik odmówił. Teraz wiele się mówi, że o Zubimendim może marzyć Man City, by zapełnić dziurę po Rodrim. W Liverpoolu zmieniono tyle, że Gravenberch teraz gra bardziej jak defensywny, a Mac Allister bardziej ogólnie w pomocy. Dziś, po ledwie paru miesiącach, Gravenberch jest wymieniany wśród najlepszych defensywnych ligi, może już drugi za Caicedo. Być może gra lepiej niż Zubimendi. A ma nadal tylko 22 lata. Wielki rozwój w Liverpoolu. Van Dijk, co tu mówić. Jak Van Dijk miał słabszy okres, to Liverpool mocno dołował swego czasu. Do dzisiaj nie wróciła do końca reputacja po tym słabszym roku, ale Van Dijk już od dawna znowu jest jednym z najlepszych piłkarzy świata, rządzi na boisku niesamowicie tak jak dziś, i trudno powiedzieć, jak Liverpool by grał, gdyby nie miał jednego kolesia, który tyle rzeczy robi tak dobrze. Na ten moment jak dla mnie chyba pewniak do tytułu piłkarza roku Premier League, ale ja nigdy nie rozumiem tych nagród hehe. To wszystko co wkurza w FIFA, że praktycznie nie da się grać jak przeciwnik ma Van Dijka, że trzeba go omijać z daleka, bo to jest jakiś cheat... Kurde trochę tak jest w realu hehe.
-
Rok za nami. Był to od Nintendo najsłabszy rok Switcha, z oczywistymi donosami, że firma skupia się na przygotowaniu mocnego startu nowej konsoli. Niemniej prawie każda firma posiekałaby się za taki "najsłabszy rok" lol. Eventy na plus: - Paper Mario: The Thousand Year Door - szczerze mówiąc, w nic mi się tak dobrze nie grało z tych gier, a naprawdę rzadko lubię grać w coś sprzed 20 lat. Uaktualnienia pomagają, ale, stety czy niestety, TTYD również przypomina, że Nintendo pod pewnymi względami nieco się zapuściło. Raz, że gra sprzed 20 lat nie jest AŻ TAK powolna i przestarzała w porównaniu do niektórych obecnych, a dwa, że próżno dziś szukać takiego scenariusza. - Super Mario Party Jamboree - nadal nie jest to do końca "Smash Ultimate tej serii", ale zaskakująco blisko. Duży rozmiar i uczucie kompletności sprawiają, że dawno nie było tak dobrej okazji, by wrócić do Mario Party. Przydałoby się DLC z mini-gierkami z poprzednich wersji, by zmniejszyć powtarzalność, ale ogólnie gra jest w swoim gatunku dopicowana zaskakująco. Eventy na meh: - Zelda: Echoes of Wisdom - to nie jest kiepska gra, ale jakoś nie poczułem mięty na poziomie 9/10. Teoretycznie pomysły są naprawdę super, ale sporo jest pomiędzy nimi łażenia trochę po nic. Ta gra, jak ostatnie duże Zeldy, mówi wiele o samym graczu - jeśli ja miałem nie takie ciekawe rozwiązania, to może dlatego, że nie wymyśliłem lepszych. Jednak Zeldy 3D, poza tym aspektem myślenia, mają też sporo obiektywnie niesamowitych rzeczy, wzruszające widoczki, dźwięki, piękny niepowtarzalny klimat wczuwy. A tutaj do tego daleko, grafika, muzyka i świat mi się nie podobają. Dobra gra, ale nie była jakimś hiciorem roku dla mnie. - Mario&Luigi Brothership - tutaj też mieszane uczucia, choć wiele osób już pisało w necie. Bardzo ładna wizualnie gra, która jakby trochę szybciej szła, to mogła być dla mnie hiciorem roku. Sporo ciekawych pomysłów, ale też masa powolnych scenek z mało ciekawymi wydarzeniami. Chciało by się pokochać, ale, szczerze, wolałem sobie włączyć jeszcze raz starego Xenoblade'a szczerze mówiąc. - Luigi's Mansion 2 - fani i nowi mają okazję łyknąć, ale żadna z części, mimo odmiennej konstrukcji, nie potrafiła sprawić, żebym pokochał Luigi's Mansion. Jest za to nostalgia do efektu 3D w 3DS-ie, ależ gry operujące światłem w ciemności robiły wrażenie. - Donkey Kong vs Mario - to by był naprawdę fajny pomysł zrobić grę opartą na tej idei i ją sprzedawać za 150 zł, ale Nintendo nie zrobiło z tym wiele. - Picza - gra jednocześnie robiona jakby dla małych dzieci jak i posiadająca mało wytłumaczone, frustrujące, ciężkie momenty. Zabrakło tu jakiejś jakości którą by się kojarzyło z Nintendo, ale takie przyzwoite spinoffy w sumie zawsze wychodziły. Gra jest pewnie lepsza niż ludzie myślą, została raczej kompletnie zlana, ale też nie ma co płakać. - Splatoon 3: Sider Order - każdy robi teraz rogaliki ze wszystkiego, próba Nintendo brzmiała ekscytująco. Wyszło ok, są pewne zalety potencjalnie, ale do opanowania tego co działa w gatunku najlepiej jakoś Nintendo daleko. Raz jeszcze, stosunek tego ile jest gry do jej ceny jest tutaj niewysoki. Eventy na weird: - Endless Ocean - kto by pomyślał, że wydadzą nowy Endless Ocean??? I kto pamięta że ta gra faktycznie wyszła? Ciekawe czy zeszła choć jedna sztuka. - Emio Famicom Detective - powrót serii po jakichś 30 czy 40 latach, luzik. Znów, szacunek za pomysł, nawet jeśli nikt w to nie zagrał. - Another Code - po raz trzeci, co za absurdalnie z dupy wyjęty szpil, żeby go reanimować na Switchu, wow. Ale ta gra nie była pasjonująca nawet na premierę 20 lat temu, i niewiele w niej przerobiono. - NES Championship - ponad dekadę po wydaniu NES Remix, nie widać, żeby Nintendo zrobiło jakiś postęp lol. Ciekawe, ile im zajęło zrobienie tej gry, tydzień? Najlepsze jest to, że nawet pomijając nową konsolę, przyszły rok może być lepszy. Metroid Prime 4 pewnie nie zbliży się do geniuszu poprzednich części, ale kto wie, może być kapitalną grą, jednak Retro i Nintendo i Metroid to są potęgi, nie ma co skreślać. Xenoblade X, no cóż, obawiam się, że znowu któregoś dnia powiem "jebać to, kupuję" i spędzę 200 godzin, chociaż mam wielką nadzieję, że będzie więcej zmian QOL, niż w remake'u jedynki, bo z nimi gra mogłaby naprawdę być najlepszą. Polskie DKCR może znaleźć jakichś fanów, choć nie mnie. No i niby są jakieś pokemony "na 2025", ale nie wiadomo co z nimi będzie, skoro mamy grudzień i nic poza tytułem o nich nie powiedziano. Ale niby są na Switcha, a poprzedni spinoff miał dobre opinie.
-
Zawsze wiesz, że komuś psycha siadła, jak zaczyna pokazywać na palcach, co to kiedyś wygrał hehe. Bardzo cienki mecz jak na ich standardy. Poprzednio pisałem, że Man City po prostu ma pecha. Ale dzisiaj to już ewidentnie siedli, nie byli konkurencją. W drugiej połowie po prostu... uspokoili mecz, jakby chcieli dowieźć spokojnie to 0-1. To nawet mogła być dobra taktyka żeby jakoś znaleźć gola, no ale ten karny im to zwalił, a po golu już znowu Liverpool mógł nastukać znacznie więcej bramek. Trzeba się cieszyć tym Liverpoolem, jeśli naprawdę Salah i Trent odejdą, a może i Van Dijk - nie wiem, co oni tam robią z tymi kontraktami, ale powinni im rzucać mamonę, przecież to jest kurde w tym momencie najlepsza ekipa na świecie. Jako jedyni zachowali komplet zwycięstw w LM, pewnie pokonali Real, Man City czy Leverkusen. Z Arsenalem czy Chelsea zacięte mecze, więc to nie tak, że nikt nie może ruszyć Liverpoolu, oni też będą mieli okres większego pecha. Ale kurde, zmienili trenera i nadal każdy tam dobrze wygląda. Zeszłoroczne nowe nabytki były liczne - Szoboszlai, Mac Allister, Gravenberch, Gakpo - i wszystkie się bardzo dobrze wpasowały i fani nie wyobrażają sobie ekipy bez nich.
-
To koniec cyklu, zawsze mieli rację ci co mówili że Guardiola to tylko chwilowa moda. Nie tylko Liverpool to wygra ale też nieźle ich gniecie póki co. City nie ma piłki, nie ma ataków, nie ma nic prawie.
-
Nie wiem, czy Everton u siebie to jakikolwiek wyznacznik. Co prawda Everton jest ponad strefą spadkową, ale też trochę dlatego, że jeszcze w tej rundzie nie grał z nikim z grupy Arsenal, Man City, Liverpool, Chelsea. Jak ich widzę, to nastawiam się, że z tymi rywalami może spokojnie dostać po 4-0, tak jak od Tottenhamu i Man United. Dodajmy do tego, że z Brighton 0-3 u siebie, a z Nottingam też jeszcze nie grali, i wyjdzie, że nie ma jeszcze ekipy wyżej niż środka tabeli, która ich nie rozbiła w tym sezonie. Mecz w środę nie jest pucharowy, normalnie Premier League. Zaiste będzie to poważniejszy test, bo od czasu powrotu Odegaarda, Arsenal wygląda wspaniale w ataku. Saka spokojnie może być w rozmowie o najlepszego piłkarza świata na ten moment, Havertz błyszczy jako dziewiątka. Ale też w takiej formie nie można być zawsze, Barcelona potwierdzi, a pomoc nadal trochę podejrzana obronnie.
-
Trochę mnie przeraził ten wątek ze strony 45, mocne teksty tam padały o tej przegrodzie. Mam niedługo mieć operację nosa. Nie tylko przegrody. To, to mi mówią że na drugi dzień normalnie żyjesz, pracujesz itd. Podobno przegrody to nic. Cały nos mi mają rozwalić i naprostować na nowo, to ma prościej w ten sposób niż gdyby robili tylko przegrodę. Kiedyś to by był co najmniej pierwszy tydzień w szpitalu, mówią, ale dziś nie ma na to kasy, więc mam sam sobie robić szpital w domu przez jakieś dwa tygodnie po tej operacji. Będzie coś lecieć z tego nosa, i ogólnie nie wiem na co jeszcze się szykować. Nie mam nikogo co ze mną mieszka i by jakoś doglądał. Będzie źle? Będę jęczał w nocy? Umrę bo się uduszę przez sen? Będę miał krzywo wyglądający z zewnątrz nos i będę wyglądał jak bokser po złej walce? Nie wiem na co się nastawiać.
-
Trudno to chyba ocenić. Klub miał mocny spadek natychmiast po zdobyciu mistrza, szybko wywalając Ranieriego i kończąc na 12. miejscu. Po śmierci Sriva...da... padha... po śmierci właściciela, z kolei klub się odbił znowu w górę po kilku latach, przez pół sezonu wręcz walczył o mistrza, dwa razy kończył na 5. miejscu, a Brendan Rodgers znowu nazywany był geniuszem. JAKIŚ sens to miało założyć, że ten klub świetnie jest prowadzony i skoro raz jest w czołówce, a raz w środku tabeli, i tak przez 7 lat, no to może pora zacząć myśleć o sobie jako o co najmniej średniaku. Że potrafią zawsze bata ukręcić, mają patent na wygrywanie, świetny "scouting" sprawia że kupują zawodników lepszych niż inni myślą, i sprzedają ich potem jako wielkie gwiazdy, znowu kupując tanio i tak dalej... więc pora nie bać się tak bardzo i założyć wysokie przychody z Premier League i europejskich pucharów. Ostatecznie... jak inaczej rywalizować z czołówką, jeśli ciągle byłby budżet na poziomie jednej trzeciej ich budżetu, bo strach przed relegacją i ostrożność? Jak inaczej zaburzyć tę odwieczną hierarchię? Nie wiem, jaka tu jest metoda i jaki wniosek. Przecież Leicester też jakoś masakrycznie nie szastał, bardziej celował w budżet W ŚRODKU Premier League - te piąte miejsca to i tak był wielki sukces przy tych wydatkach. Być może organizował tę kasę niekompetentnie i tyle, z dziwnymi dealami jak ten który wymieniłem wyżej, a może niestety nawet to było za wiele i powinni dalej mieć budżet tylko na bronienie się przed spadkiem. Spadek z ligi w 2022-23, przy 10. budżecie Premier League, kompletnie położył już sprawę. Jak dla mnie - najbardziej tak ogólnie położył ich chyba ten sam fakt, co wiele klubów w kryzysie finansowym. Ten, że kontrakty z graczami i sponsorami podpisywać trzeba na wiele lat, a w kwestii sukcesów nie wiadomo co będzie nawet za rok. I że trudno rywalizować bez wydawania więcej, a w świetle obecnych zasad, nie można wydawać więcej, niż się ma. No ale tak, wiele osób uważa, że Vichi by tak nie zrobił, że by mniej wydawał, więcej sprzedawał, i był ostrożniejszy, i nie było by kryzysu.